Poniżej możecie zobaczyć wideo-pożegnanie z islandzkim latem. Stabilny, dość mocny wiatr, bez cienia aktywności termicznej pozwolił na kilkugodzinne "żeglowanie" wzdłóż najpopularniejszego zbocza paralotniowego Islandii - Hafrafell. Zachodzące słońce, przewalające się nisko chmury oraz bliskie spotkania powietrzne ze znajomymi skrzydłami złożyły się na wspaniałe latanie. Jedynym epizodem było awaryjne lądowanie Agaty w rotorze z tyłu zbocza. Jej skrzydło okazało się zbyt powolne i, jako że, nie posiadała przypiętego speeda, musiała lądować "na wstecznym". Nad samą ziemią dostała podwinięcie spowodowane rotorem i "spadła" z wysokosci ok 1,5m obtłukując sobie kostkę i robiąc fikołka do tyłu. Agata dzielnie stawiła czoła wydarzeniu i ma zamiar wiele z niego nauki wynieść. Miejmy nadzieję, żezobaczymy ją jeszcze nie raz szybującą w islandzkim powietrzu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą iceland. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą iceland. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 14 września 2014
Na ostatnim słońcu lata
Islandzkie lato nie rozpieściło nas tego roku - kurtyna deszczu tylko niekiedy unosiła się, pozwalając nam na tych kilka łapczywych lotów, podczas których zachowywaliśmy się jak wyposzczeni Arabowie po zakończeniu Ramadanu. Najlepsze loty sezonu odbyły się w maju. Wtedy jeszcze łudziliśmy się, że skoro sezon tak pięknie się zaczyna to z pewnością reszta lata będzie już tylko lepsza. ehh
wtorek, 9 kwietnia 2013
Skálafell i Esja na jednym oddechu.
Pewnej pięknej marcowej niedzieli mimo (a może raczej dzięki) całkowitej prawie ciszy w powietrzu udało nam się zlecieć z dwóch gór w jeden dzień. "Hike & Fly" w wydaniu islandzkim:
poniedziałek, 21 listopada 2011
Novemb'Air time!
Z zapadającym coraz to szybciej mrokiem, a tym samym coraz to krótszym dniem, marnieje nadzieja na choćby krótki lot. Dodatkowo smagające Islandię wiatry i deszcze, falowo przechodzące przez Wyspę i fronty zmieniające się jak w kalejdoskopie nie sprzyjają "paralotniowej gorączce". W taki czas najlepiej uśpić swoje pragnienia, powzdychać co najwyżej nad zdjęciami i filmikami z innych stron świata lub z innego przedziału czasowego...
Chyba że, tak jak w tę listopadową sobotę, zdarzy się błogosławiona przerwa podgodowa i chmury rozstąpią się jak w biblii Morze Czerwone. Jednak nawet będąc już na lotnisku, nawet mierząc wiatr i widząc wskazania w normie, nawet wtedy nie wierzyłem, że ten lot dojdzie do skutku. Wszystko jednak, ku mojemu zdziwieniu poszło jak po przysłowiowym maśle i po kilkunastu minutach od przybycia na lotnisko byłem już w powietrzu z zatankowanymi 7l paliwa na plecach. Słońce, które natenczas zeszło na islandzką ziemię sprawiło, że zacząłem wierzyć, że istnieje jednak na Islandii coś takiego jak jesień - złote i brązowe barwy zdominowały krajobraz. Braki słońca o tej porze roku spowodowały, iż nie mogłem spobie pozwolić na zbyt długi lot ze słońcem w plecy, ustawiłem zatem autopilota i wycentrowałem się frontem na wielką kulę światła, która przez 15 min oświetlała moją twarz z zamkniętymi oczami. Warunki były na tyle spokojne, iż zdecydowałem się na lot na pobliskie lotnisko szybowcowe (Sandskeid), skąd udałem się w stronę Grimnasfell aby zamknąć trójkąt FAI.
Przez cały lot byłem w stanie robić zdjęcia i filmiki (z braku lusterka sprawdzałem też aparatem stan paliwa;)
W ten sam dzień udało nam (Paweł, Hans, Gudbjartur) się swobodnie polatać na Kambar, gdzie wiatr był już o wiele bardziej niepewny. Przejściowe, kilkunastusekundowe opady deszczu nie wystraszyły nas jednak, i dopiero siła wiatru przekraczająca 7m/s na startowisku ostatecznie wysłała nas wszystkich do domu (w jak najlepszych nastrojach).
Podsumowując: 2h w powietrzu o tej porze roku to zdecydowanie uśmiech losu i oby tych uśmiechów było jak najwięcej.
Poniżej filmik z powietrza.
Chyba że, tak jak w tę listopadową sobotę, zdarzy się błogosławiona przerwa podgodowa i chmury rozstąpią się jak w biblii Morze Czerwone. Jednak nawet będąc już na lotnisku, nawet mierząc wiatr i widząc wskazania w normie, nawet wtedy nie wierzyłem, że ten lot dojdzie do skutku. Wszystko jednak, ku mojemu zdziwieniu poszło jak po przysłowiowym maśle i po kilkunastu minutach od przybycia na lotnisko byłem już w powietrzu z zatankowanymi 7l paliwa na plecach. Słońce, które natenczas zeszło na islandzką ziemię sprawiło, że zacząłem wierzyć, że istnieje jednak na Islandii coś takiego jak jesień - złote i brązowe barwy zdominowały krajobraz. Braki słońca o tej porze roku spowodowały, iż nie mogłem spobie pozwolić na zbyt długi lot ze słońcem w plecy, ustawiłem zatem autopilota i wycentrowałem się frontem na wielką kulę światła, która przez 15 min oświetlała moją twarz z zamkniętymi oczami. Warunki były na tyle spokojne, iż zdecydowałem się na lot na pobliskie lotnisko szybowcowe (Sandskeid), skąd udałem się w stronę Grimnasfell aby zamknąć trójkąt FAI.
Przez cały lot byłem w stanie robić zdjęcia i filmiki (z braku lusterka sprawdzałem też aparatem stan paliwa;)
W ten sam dzień udało nam (Paweł, Hans, Gudbjartur) się swobodnie polatać na Kambar, gdzie wiatr był już o wiele bardziej niepewny. Przejściowe, kilkunastusekundowe opady deszczu nie wystraszyły nas jednak, i dopiero siła wiatru przekraczająca 7m/s na startowisku ostatecznie wysłała nas wszystkich do domu (w jak najlepszych nastrojach).
Podsumowując: 2h w powietrzu o tej porze roku to zdecydowanie uśmiech losu i oby tych uśmiechów było jak najwięcej.
Poniżej filmik z powietrza.
piątek, 30 września 2011
Grenlandzkie renifery i PPG
Islandia jest krajem dość egzotycznym, co do tego nie powinno być wątpliwości. Zarówno ze względu na swoje położenie, jak i kulturę. Jednak jeszcze bardziej ezgotyczna i niedostępna wydaje się być Grenlandia. Jednak to tam właśnie lokalni hodowcy reniferów wpadli na pomysł aby coroczny spęd tych zwierząt odbywał się za pomocą paralotni z napędem (PPG) zamiast niesamowicie kosztownego wynajmu helikoptera. Trzech hodowców z Grenlandii przybyło w tym celu na Islndię; chcieli dowiedzieć się o możliwość kupna sprzętu oraz nauki latania na PPG. Na miejscu Karol i Heniu uświadomili ich, że o wiele szybciej i taniej (koszt uszkodzonego podczas kursu sprzętu oraz czas dostawy na Islandię byłyby niewspółmierne do efektów) będzie zrobić to w Polsce. Tak taż uczyniwszy nasza trójka pomysłowych hodowców odbyła kilkudniowy kurs latanie w okolicach Trójmiasta, zakupili sprzęt oraz zasponsorowali przelot na Grenlandię swoim instruktorom w ramach doszkalania swych umiejętności na miejscu.
Szybko jednak okazało się, że pracy jest mnóstwo a paralotnie tylko 3 i to latające okazjonalnie. Zdecydowali się wówczas sprowadzić do pomocy naszych pilotów PPG z Islandii. Karol i Szczepan, który odbył bardzo szybkie, kilkudniowe szkolenie PPG, ruszyli z zapakowanymi napędami i resztą sprzętu na południowy zachód Grenlandii w miejsce, gdzie na przestrzeni setek kilometrów kwadratowych pasły się renifery. Główną przeszkoda okazała się być pogoda zapewniejąc tylko kilka dni lotnych podczas 3-tygodniowego pobytu. Jako że latanie odbywało się nad dzikimi terenami, po których niemożliwością jest poruszać się samochodem, każde przygodne lądowanie mogło zakończyć się skomplikowaną akcją powrotną. Na szczeście oprócz kilku mniejszych awarii i lądowania "na wstecznym" nic się chłopakom nie stało. Czas wolny uzupełniali poznając tajniki przyrządzania mięsa renifera, oprawy skór i rogów.
W przyszłym roku ekipa z pewnością wyruszy raz jeszcze na egztyczne paralotniowe "wakacje".
Szybko jednak okazało się, że pracy jest mnóstwo a paralotnie tylko 3 i to latające okazjonalnie. Zdecydowali się wówczas sprowadzić do pomocy naszych pilotów PPG z Islandii. Karol i Szczepan, który odbył bardzo szybkie, kilkudniowe szkolenie PPG, ruszyli z zapakowanymi napędami i resztą sprzętu na południowy zachód Grenlandii w miejsce, gdzie na przestrzeni setek kilometrów kwadratowych pasły się renifery. Główną przeszkoda okazała się być pogoda zapewniejąc tylko kilka dni lotnych podczas 3-tygodniowego pobytu. Jako że latanie odbywało się nad dzikimi terenami, po których niemożliwością jest poruszać się samochodem, każde przygodne lądowanie mogło zakończyć się skomplikowaną akcją powrotną. Na szczeście oprócz kilku mniejszych awarii i lądowania "na wstecznym" nic się chłopakom nie stało. Czas wolny uzupełniali poznając tajniki przyrządzania mięsa renifera, oprawy skór i rogów.
W przyszłym roku ekipa z pewnością wyruszy raz jeszcze na egztyczne paralotniowe "wakacje".
środa, 27 lipca 2011
PPG vs. free flying
Ostatnio zasmakowałem możliwości oraz wolności jaką daje latanie z napędem. Na Islandii ma to swoje niezaprzeczalne plusy - np. można latać wtedy, gdy innym pozostaje już tylko wybór między "szukaniem wiatru" (inaczej para-drivingiem) a krótkimi zlotami z lokalnej górki. Oczywiście po "odkryciu" napędu czas spędzony w powietrzu, tzw. "nalot" wydłuża się znacznie (w moim przypadku to już kilkanaście godzin), gdyż ogranicznikiem nie jest już stabilny wiatr lub termika, która zabiera paralotnię do góry, a jedynie ilość posiadanego paliwa w zbiorniku.
Jednym z najprzyjemniejszych czynników jest mozliwość "oderwania" się od zboczy, do których z reguły jest się przywiązanym latając swobodnie, zwłaszcza na tzw. "żaglu" ("heblowanie" tego samego zbocza godzinami może się znudzić dość szybko). Z silnikiem można o wiele efektywniej eksplorować trzeci wymiar, latając np. 5 mterów nad ziemią, zaglądając ludziom w okna lub też wysoko, wysoko ogarniając wzrokiem ogromny obszar. Specyfika "zmotoryzowanego" latania różni się prawie w każdym aspekcie od swobodnego szybowania - od startu (z napędem startujemy z płaskiego) poprzez sam lot (skrzydło lata na innym kącie natarcia, gdyż napęd "wypycha" pilota spod paralotni, nie można sterować balansem ciała i generalnie nie "czuje się" skrzydła oraz nie da się niestety usadowić tak wygodnie jak w uprzęży do swobodnego latania), aż do lądowania (przyziemienie odbywa się na większej prędkości ze względu na zwiększoną wagę; trzeba przygotować się do utrzymania się na nogach z 20-30 kg na plecach oraz, co bardzo ważne, wcześniej wyłączyć silnik oraz nie pozwolić aby skrzydło opadło na rozgrzany napęd).
Przez wielu posiadanie silnika na plecach to ogromny minus takiego latania - motor generuje ogromny hałas, spala duże ilości paliwa, często się psuje, a wirujące śmigło może stwarzać zagrożenie nawet na ziemi (nie wspominając już o tym jak bardzo trzeba się przy tym wszystkim nabrudzić;). Dodatkowe koszty jakie trzeba ponieść aby spróbować latania z motorem również nie sa bagatelne - sam napęd z uprzężą to koszt ok 2000 euro, plus dodatkowy spadochron, kask z zestawem komunikacyjnym (jeśli chce się zachować sprawny słuch), ew. nowe skrzydło... to wsztystko sprawia, iż nie jest to jednarazowa "zabawa". Odczuwa się także ograniczenie mobilności jeśli przychodzi do transportu sprzętu - z napędem już raczej nie da się łapać stopa gdzieś przy przygodnym lądowisku, sam napęd zajmuje dużo miejsca w samochodzie i lubi brudzić siedzenia.
Dla mnie latanie z napędem jest doskonałym uzupełnieniem swobodnego latania - dobry dzień z termiką lub laminarną bryzą morską warto oczywiście wykorzystać do latania swobodnego, podczas gdy po południu, w spokojniejszych warunkach, kiedy jest już za słabo na takie latanie, można rozłożyć sprzęt i szybować w spokojnym wieczornym powietrzu upajając się widokiem zachodzącego słońca. Unikanie termiki i bliskości zboczy sprawia, że latanie z napędem jest dosyć bezpieczne; głównymi zagrożeniami są starty, awarie w powietrzu spowodowane np. oderwaniem sie jakiejś części oraz nieprzewidywalne zmiany pogody, np. silny wiatr, który może uczynić lądowanie bardzo niebezpiecznym (lądowanie "na wstecznym" czy tez przeciągnięcie przez skrzydło po ziemi prawie napewno będą się wiązały z uszkodzeniem sprzętu).
Inne nie znaczy gorsze. Napęd daje niesamowite możliwości, których próżno szukać podczas lotu swobodnego. Przede wszystkim możliwości przelotowe zwiększają się drastycznie (oczywiście mowa o Islandii, gdzie termiczne latanie nie jest możliwe w takim stopniu jak np. w Alpach), jedyną przeszkodą jest logistyczne rozplanowanie miejsca lądowania i ew. uzupełnienia paliwa. Kluczową w tym rolę mogą odegrać pomocnicy przemieszczający się samochodem za pilotem. Samotne latanie na napędzie nie jest wskazane (podobnie jak swobodnie) ze względów bezpieczeństwa oraz z czystej potrzeby towarzystwa podczas, czasami monotonnego lotu. W locie do określonego punktu możemy bez problemu wytyczyć sobie trasę używając GPSa, ustabilizować sobie kierunek lotu sterówkami lub trymerami (jeśli paralotnia takie posiada) oraz wypoziomować wysokość lotu ustawiając i blokując manetkę gazu w danym położeniu. To wszystko sprawi, że będzie można się poczuć jak w samolocie lecącym na "autopilocie" i zająć się np. robieniem zdjęć czy filmów z góry. Specyfika latania na napędzie nie jest już tak sportowa jednak i tu można powspółzawodniczyć (choćby na stronie XContest dla pilotów ppg).
Ponieżj kilka zjęć i filmów z lotów ppg na Islandii:
Jednym z najprzyjemniejszych czynników jest mozliwość "oderwania" się od zboczy, do których z reguły jest się przywiązanym latając swobodnie, zwłaszcza na tzw. "żaglu" ("heblowanie" tego samego zbocza godzinami może się znudzić dość szybko). Z silnikiem można o wiele efektywniej eksplorować trzeci wymiar, latając np. 5 mterów nad ziemią, zaglądając ludziom w okna lub też wysoko, wysoko ogarniając wzrokiem ogromny obszar. Specyfika "zmotoryzowanego" latania różni się prawie w każdym aspekcie od swobodnego szybowania - od startu (z napędem startujemy z płaskiego) poprzez sam lot (skrzydło lata na innym kącie natarcia, gdyż napęd "wypycha" pilota spod paralotni, nie można sterować balansem ciała i generalnie nie "czuje się" skrzydła oraz nie da się niestety usadowić tak wygodnie jak w uprzęży do swobodnego latania), aż do lądowania (przyziemienie odbywa się na większej prędkości ze względu na zwiększoną wagę; trzeba przygotować się do utrzymania się na nogach z 20-30 kg na plecach oraz, co bardzo ważne, wcześniej wyłączyć silnik oraz nie pozwolić aby skrzydło opadło na rozgrzany napęd).
Przez wielu posiadanie silnika na plecach to ogromny minus takiego latania - motor generuje ogromny hałas, spala duże ilości paliwa, często się psuje, a wirujące śmigło może stwarzać zagrożenie nawet na ziemi (nie wspominając już o tym jak bardzo trzeba się przy tym wszystkim nabrudzić;). Dodatkowe koszty jakie trzeba ponieść aby spróbować latania z motorem również nie sa bagatelne - sam napęd z uprzężą to koszt ok 2000 euro, plus dodatkowy spadochron, kask z zestawem komunikacyjnym (jeśli chce się zachować sprawny słuch), ew. nowe skrzydło... to wsztystko sprawia, iż nie jest to jednarazowa "zabawa". Odczuwa się także ograniczenie mobilności jeśli przychodzi do transportu sprzętu - z napędem już raczej nie da się łapać stopa gdzieś przy przygodnym lądowisku, sam napęd zajmuje dużo miejsca w samochodzie i lubi brudzić siedzenia.
Dla mnie latanie z napędem jest doskonałym uzupełnieniem swobodnego latania - dobry dzień z termiką lub laminarną bryzą morską warto oczywiście wykorzystać do latania swobodnego, podczas gdy po południu, w spokojniejszych warunkach, kiedy jest już za słabo na takie latanie, można rozłożyć sprzęt i szybować w spokojnym wieczornym powietrzu upajając się widokiem zachodzącego słońca. Unikanie termiki i bliskości zboczy sprawia, że latanie z napędem jest dosyć bezpieczne; głównymi zagrożeniami są starty, awarie w powietrzu spowodowane np. oderwaniem sie jakiejś części oraz nieprzewidywalne zmiany pogody, np. silny wiatr, który może uczynić lądowanie bardzo niebezpiecznym (lądowanie "na wstecznym" czy tez przeciągnięcie przez skrzydło po ziemi prawie napewno będą się wiązały z uszkodzeniem sprzętu).
Inne nie znaczy gorsze. Napęd daje niesamowite możliwości, których próżno szukać podczas lotu swobodnego. Przede wszystkim możliwości przelotowe zwiększają się drastycznie (oczywiście mowa o Islandii, gdzie termiczne latanie nie jest możliwe w takim stopniu jak np. w Alpach), jedyną przeszkodą jest logistyczne rozplanowanie miejsca lądowania i ew. uzupełnienia paliwa. Kluczową w tym rolę mogą odegrać pomocnicy przemieszczający się samochodem za pilotem. Samotne latanie na napędzie nie jest wskazane (podobnie jak swobodnie) ze względów bezpieczeństwa oraz z czystej potrzeby towarzystwa podczas, czasami monotonnego lotu. W locie do określonego punktu możemy bez problemu wytyczyć sobie trasę używając GPSa, ustabilizować sobie kierunek lotu sterówkami lub trymerami (jeśli paralotnia takie posiada) oraz wypoziomować wysokość lotu ustawiając i blokując manetkę gazu w danym położeniu. To wszystko sprawi, że będzie można się poczuć jak w samolocie lecącym na "autopilocie" i zająć się np. robieniem zdjęć czy filmów z góry. Specyfika latania na napędzie nie jest już tak sportowa jednak i tu można powspółzawodniczyć (choćby na stronie XContest dla pilotów ppg).
Ponieżj kilka zjęć i filmów z lotów ppg na Islandii:
Lot w Helli nad Festiwalem muzycznym "Besta Útihátíðin"
piątek, 4 marca 2011
Polish team at X Alps 2011
The most chalanging paragliding race in the world - Red Bull X-Alps 2011 is now in preparation. On the list of this year athleets is Pawel Faron as a pilot and Piotr Goc as an assistant. Pawel is very skilful pilot - 2006 Polish paragliding Champion and Winner of the XC Australian Open in 2009.
In 2009 I´ve just started my paragliding adventure. On the holiday trip to Poland I went to Beskidy mountains. On the way back I´ve decided to take a try in hitchhiking - something that I´ve been missing a lot in Iceland, and for the first time in my life I´ve met two paragliding pilots in a smal van with a Swing mark on it. We had vey good chat and Pawel ask me to greet Walter Wojciechowski - he´s friend and my paragliding teacher at that time.
I´ll keep my fingers crossed! Good luck!
In 2009 I´ve just started my paragliding adventure. On the holiday trip to Poland I went to Beskidy mountains. On the way back I´ve decided to take a try in hitchhiking - something that I´ve been missing a lot in Iceland, and for the first time in my life I´ve met two paragliding pilots in a smal van with a Swing mark on it. We had vey good chat and Pawel ask me to greet Walter Wojciechowski - he´s friend and my paragliding teacher at that time.
I´ll keep my fingers crossed! Good luck!
wtorek, 22 lutego 2011
Kambar flying report
It did finally hapend. We took a chance of a fair weather and departured to Kambar cliffs. Even a patch of wet snow didn´t stop us on the way to takeoff (thanks Dimitri and his car;). We spread our wings just near the "parking" place and took off easily. Pawel who is a beginner pilot forgott his helmet so he could just watch us amd make pictures from the ground.
1,5h of beutiful flying above the ridge and it all hapend in february in Iceland!
ps.
I need to get a pair of electrically heated gloves - after 1h in the air I´ve stopped to feel my fingertips.
1,5h of beutiful flying above the ridge and it all hapend in february in Iceland!
ps.
I need to get a pair of electrically heated gloves - after 1h in the air I´ve stopped to feel my fingertips.
the Ring Road 1
... and touch down.
Video is coming soon.
czwartek, 10 lutego 2011
Sezon 2011
Zaczyna się. Jeszcze wiatry wschodnie czynią na Islandzkim podwórku istne cuda, ale już w powietrzu i na niebie widać zmiany. Czekamy na okienko pogodowe, przez które ziemia islandzka będzie mogła doświadczyć słonecznych promieni, a nieliczne tutejsze drzewa doznają chwilowej chociaż przerwy w wyginaniu się na boki.
Sezon paralotniowy zaczął się dla mnie obiecująco - otwarł się całkiem nowy świat latania z napędem. Miało to miejsce w wyżowy poniedziałek ze stabilnym wschodnim wiatrem i temperaturą nieco poniżej zera. Pierwszy raz ćwiczyłem stawianie skrzydła z napędem na plecach. Z wiatrem ok 4 m/s i śliską nawierzchnią pod świeżym śniegiem trzeba było zrobić około 2m "ślig" z obracającym się śmigłem na plecach; adrenaliny nie brakowało. Niebawem zapadła szybka decyzja o próbie startu - w końcu warunki doskonałe trafiają się na tej wyspie delikatnie mówiąc, niecodziennie. Sam lot oprócz faktu, że nie dałem rady wślizgnąć się w siedzenie i wisiałem tylko w uprzęży, przebiegł bez większych przygód. Jak to wyglądało można zobaczyć pod spodem.
ps. mam nadzieję, że emocjonalny komentarz na końcu spotka się z ogólną akceptacją, wszak działanie było w jak najgłębszym afekcie ;)
Sezon paralotniowy zaczął się dla mnie obiecująco - otwarł się całkiem nowy świat latania z napędem. Miało to miejsce w wyżowy poniedziałek ze stabilnym wschodnim wiatrem i temperaturą nieco poniżej zera. Pierwszy raz ćwiczyłem stawianie skrzydła z napędem na plecach. Z wiatrem ok 4 m/s i śliską nawierzchnią pod świeżym śniegiem trzeba było zrobić około 2m "ślig" z obracającym się śmigłem na plecach; adrenaliny nie brakowało. Niebawem zapadła szybka decyzja o próbie startu - w końcu warunki doskonałe trafiają się na tej wyspie delikatnie mówiąc, niecodziennie. Sam lot oprócz faktu, że nie dałem rady wślizgnąć się w siedzenie i wisiałem tylko w uprzęży, przebiegł bez większych przygód. Jak to wyglądało można zobaczyć pod spodem.
ps. mam nadzieję, że emocjonalny komentarz na końcu spotka się z ogólną akceptacją, wszak działanie było w jak najgłębszym afekcie ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)







